Aaa, kotki dwa...

...adoptowane obydwa :)

Dziś krótka historia pewnej rudej mordki, która przybłąkała się na hutę kampusu.
Mordka była niesamowicie wychudzona, ledwo trzymała się na nogach, nie potrafiła skakać ani miauczeć. Po bliższych oględzinach okazało się również, że mordka jest rodzaju męskiego, ma jedno oczko ślepe, a w pyszczku brakuje paru zębów.
Młodsi koledzy bardzo się przejęli stanem zwierzaczka. Szybko ochrzcili go Ponte (japońska wersja angielskiego "punty", oznaczajacego piszczel szklarską), znaleźli kocyk i trochę karmy. Zbliżały się jednak wakacje i pojawiła się obawa, że wychudzony kotek bez wsparcia studentów sobie nie poradzi. Jeden kolega mieszkał w miejcu z absolutnym zakazem trzymania zwierząt; koleżanka miała alergię; inna mieszkała z psem i rodzicami przeciwnymi zajmowaniu się kolejnym futrzakiem...
Padło więc na mnie. W planach było wyleczenie i wykastrowanie kotka, oraz jak najszybsze znalezienie mu nowej rodziny. Ale dni mijały, leczenie i tuczenie kota (początkowo ważył nieco powyżej 3kg) trwało... Ponte nauczył się spać na mojej poduszce, wychodzić na smyczy, bawić pluszowym rekinem, którego mi zwinął z półki... I zanim się obejrzałam, nie wyobrażałam sobie życia bez rudzielca :D
Pod koniec lata przeprwadziłam się do miejsca, gdzie już mieszkał jeden futrzak- w dodatku mocno nerwowy i zaborczy. Od tamtej chwili obserwuję niekończący się dramat miłosny- Ponte próbuje zachęcać do zabawy, mruczy i wywraca się na brzuszek, a królowa Mari syczy i warczy. W chwilach wolnych od umizgów (albo prania się po mordkach) Ponte (zwany Pontonem, Pon-chanem lub Szprontonem) cieszył się wolnością buszując po okolicznych ogródkach, denerwując pomeriany sąsiadów (które wychodzą -a raczej są wynoszone- na zewnątrz jedynie dwa razy dziennie, na wydzielony kawałek betonu, na sikanie; nie znają przez to świata i nawet widok kota za oknem doprowadzaje do szału), polował na cykady albo gonił wrony. Pewnego dnia przyniósł w prezencie żywego wróbla... Oraz kilka żywych cykad.
Od przeprowadzki rudy zdążył przytyć do 4,5kg, nauczyć się przeraźliwie miauczeć, wprosić się do czyjegoś domu i spędzić tam trzy dni, oraz złamać sobie nogę- przez co spędził ostatnie 3 miesiące w gipsie, z absolunym zakazem wychodzenia z mojego pokoju, ku uciesze Mari. Kilka dni temu odzyskał wolność, ale i tak woli spać na moich kolanach albo galopować wokół krzesła w pogoni za swoim rekinkiem, zamiast zwiedzać okolicę...
Wygląda więc na to, że cokolwiek się w moim życiu wydarzy, i gdziekolwiek mnie przygoda poniesie, będę miała nieodłącznego towarzysza :)

Pierwszy kontakt.

Ponton w praniu. Trochę wody i od razu ozdrowiał- dawno nie widziałam tak szybkiego kota...

 Kot artystki, śpi na szkicowniku...

Już po przeprowadzce- strażnik dachu.

 
Kocia sierota.

Edukacja? Jaka edukacja, człowiek, jedyne, czego ptrzebujesz, to moja miłość...


  Chwila spokoju. Królowa Mari była zszokowana bliskością Pontona.

Początek kłótni...


Po więcej zdjęć tego prystojniaka zapraszam na instagram :)


Comments

Popular posts from this blog

Znowu przyszło lato

Studnia szczęścia (VIII-warsztat tkacki)

Ohisashiburi